"Diety Papilot": Zarejestruj się » Moje konto » Pomoc »
| Odwiedzin: | 644250 |
| Komentarzy: | 11683 |
| Założony: | 16 marca 2009 |
| Ostatni wpis: | 21 maja 2012 |
Masa ciała
waga nie spadła od wczoraj
jest taka sama to znaczy (hehe) wciąż poniżejpaskowa
ale nic dziwnego
mam w sobie truskawki oraz pierwszą w tym roku młodą kapustkę z koperkiem
było superhiper MNIAM !!
i mam w sobie DUMĘ - ona też swoje waży
DUMĘ z wczorajszego dnia
W pierwszym urzędzie chciano mnie potraktować jako kłopotliwego petenta, że dokumentów nie ma, że proszę za 2 tygodnie. Że muszą mówić samodzielnie osoby zainteresowane czyli własciciele, ale nie ja.
Było tak do czasu, aż trzymając w ręku kartkę druku słodkim głosem zapytałam, gdzie mam zostawić skargę na niedopełnienie obowiązków służbowych (niepowiadomienie właścicieli o planowanej zmianie) oraz o niedotrzymaniu terminów wynikających z KPA. Dwa największe grzechy urzędnika. Przy czym poinformowałam, że na razie jeszcze nie zakładam złej woli i działania z premedytacją.
Były zdumione oczy i popłoch. Poproszono o konkrety.
Proszę bardzo:
Kiedy był robiony operat geodezyjny?
Czy poinformowano wszystkich właścicieli działek o odbywających się pracach nad operatem?
Na jakiej podstawie zmieniono przeznaczenie istniejącego budynku gospodarczego?
Kto personalnie podjął tę decyzję?
Dlaczego nie powiadomiono właścicieli działki o planowanej zmianie statusu istniejącego budynku?
Dlaczego nie powiadomiona akurat tych jednych właścicieli tej jednej działki o terminach na zgłaszanie zastrzeżeń do operatu?
Dlaczego, skoro gmina przyjeła operat 1 marca, o zmianie poinformowano właścicieli tej jednej jedynej działki dopiero po 4 kwietnia i to w formie niekorzystnej zmiany podatku gruntowego, grożąc przy tym finansowymi karami administracyjnymi.
.... w tym momencie mi przerwano.
Przez najbliższych kilka godzin miałam dziwne wrażenie. Jakby lis wpadł w stado leniwych kur. Albo piorun strzelił w koperek. Archiwistki rozbiegły sie po dwóch budynkach starostwa, urzedniczki dwie ze łzami w oczach przeszukiwały miejscową kartotekę. Goniec 2 razy biegał między geodezją starostwa architekturą starostwa a podatkami w gminie.
Z korytarza trafiliśmy na dywany i do gabinetu.
Przerzucano się mną oraz właścicielami działki jak gorącym kartoflem, tak, tak, załatwimy, naprawimy, poinformujemy, tak, tu obok jest 4 notariuszy, oczywiście zadzwonimy do sadu, uprzedzimy, tak windykator gminny już powiadomiony i będzie czekał .. . nie, nie trzeba wyjaśnień, żadnych podań, tylko proszę tu podpisać, prosze, dokument bardzo czytelny, nigdzie nie ma małego druku. Proszę uprzejmie. Ależ oczywiście nie muszą państwo czekać.... Tu jest mój, i mój i mój bezpośredni telefon, w razie problemów proszę dzwonić.
SZAŁ CIAŁ I UPRZĘŻY
Zamiast 3 spraw z którymi pojechaliśmy - dzięki uprzejmości, pomocy i nadzwyczajnej uczynności urzędników starostwa, gminy, notariatu i sadu - załatwiliśmy 5.
1.
Ktoś kiedyś dowodził, że przerasowane psy z miasta nie mają instynktu. Nieprawda!
Gruby siwy jamnik zawzięcie próbował się wytarzać w zasuszonej padlinie przejechanego jeża na skraju osiedlowej uliczki. Odchodził i znowu wracał, i znowu się wkręcał w truchło.
2.
Wieczorem wybrałam się na rower. Nie sama, nie! Pod opieką. Po płaskim. I tempo miało być jednostajne. Było, owszem. Ale wcale nie wolne. Ja narzucałam.
Na początku czułam, jak z każdym obrotem pedałów zostaje za mną ból ostatnich dni. Oddychałam pełną piersią i z radości jechałam bez trzymanki. W drodze powrotnej niestety 2 razy mnie dopadło bolenie i bezdech, ale krótko i łagodnie. Tylko raz musiałam zejść z roweru.
Dobrze, że się wybrałam pod opieką.
3.
Saska Kępa pachnie i wygląda dokładnie tak jak powinna. Jak kiedyś Osiecka napisała, jak Marylka wyśpiewała.
Wszędzie piramidkowe kaskady kwitnących kasztanów. Wszędzie oszałamiający bzowy zapach. Nawet na Francuskiej, gdzie z reguły czuć wyziewy z Efezu, tego najlepszego stolicznego kebaba. Zielono i soczyście.
Dzielnica żyła do późnej nocy. Knajpki otwarte do późna, dzieci na rowerkach.
4.
Cudny wczorajszy wieczór! Oszałamiająco ciepły. Oboje nosiliśmy ciuchy cykladzkie. Moje ostrogowe pięty dały się namówić na niewielki spacer.
Pachniał bez. Latały płonące lampiony. Z plaż wiślanych i z miasta_Cypel dolatywały dźwięki całonocnych imprez. Pan i Władca miał takie miękkie dłonie.
5.
O 4:30 obudziły mnie kuchenne łomoty. Potomstwo wróciło. Jak to jest? Wyszli gdzie indziej i kiedy indziej, a wracają razem. No, trzeźwi to oni nie wrócili. Jakieś krzesło kuchenne łomotnęło. Przysnęłam. Za moment 5 końcowych dźwięków mikrofali. I znowu 5 brzęczyków. Znowu. Upuszczona łyżka brzęczy na kafelkach.
Się podniosłam. Z warkotem wchodzę do kuchni. I mi warkot w gardle zamiera. Jedzą właśnie trzeci talerz pomidorowej. Razem. Z jednego talerz. Jedną łyżką.
- a bo nie chcieliśmy, żebyś miała dużo do zmywania. . .
6.
Późnym porankiem wchodzę do kuchni. Posprzątane. Pachnie bez.
One przedświtowo wyszły i narwały dla mnie bzu !!
(Mam tylko nadzieje, że nie kradły komuś obcemu, a tylko z tych krzaków, co je z sąsiadem Darkiem na bezpańskiej ziemi sadziliśmy. Tak, to ten sam sąsiad, z którym zimą razem odśnieżamy społecznie)
7.
Waga drugi dzień z rzędu odrobinkę poniżejpaskowa.
